Siódme zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich w sezonie 2016/17 miały miejsce na skoczni Wielka Krokiew w Zakopanem. 77 kontakty.
Reprezentacja Polski w skokach narciarskich – zespół skoczków narciarskich reprezentujący Rzeczpospolitą Polską w sportowych imprezach międzynarodowych wybrana przez trenerów. 261 kontakty.
Nie żyje czeski skoczek narciarski Antonin Hajek - potwierdził w oficjalnym komunikacie Czeski Związek Narciarski. Hajek, rekordzista kraju i były trener kadry miał 36 lat.
Hans Schmid – szwajcarski skoczek narciarski, olimpijczyk z 1972 i 1976, zwycięzca Turnieju Szwajcarskiego w 1969. Wikiwand is the world's leading Wikipedia reader for web and mobile. Wprowadzenie Hans Schmid
Andreas Küttel w Zakopanem. 27 stycznia 2008 Andreas Küttel (ur. 25 kwietnia 1979 w Einsiedeln) – szwajcarski skoczek narciarski, mistrz świata. Nowy!!: Turniej Czterech Narodów w skokach narciarskich 2008 i Andreas Küttel · Zobacz więcej » Andreas Kofler
Othmar Hermann (1879-1965), inżynier szwajcarski, budowniczy mostów zbudował w 1964 roku Verrazano-Narrows Bridge w Nowym Jorku skoczek Simon Simon, szwajcarski rywal Adama Małysz, dwukrotny mistrz olimpijski z Salt Lake City w 2002 r. Simon, szwajcarski skoczek narciarski, mistrz olimpijski Simon, szwajcarski skoczek narciarski Simon, skoczek
sXyVBk. Oprócz dalekich lotów, emocje od zawsze budzi też ich niska waga. Restrykcyjne diety, głodówki, zaburzenia odżywiania są skutkiem presji, jaka towarzyszy im każdego dnia. Zobaczcie nasz ranking 10 najchudszych skoczków narciarskich. Matti Hautamaeki . 10. Matti Hautamaeki Matti Hautamaeki jest byłym fiński skoczkiem narciarskim. Jest czterokrotnym medalistą olimpijskim i czterokrotnym medalistą mistrzostw świata seniorów i juniorów. To pięciokrotny medalista mistrzostw świata w lotach oraz dwukrotny zwycięzca Turnieju Nordyckiego. Matti był tak wykończony podczas igrzysk w Salt Lake City w 2002 roku, że prawie zemdlał. Trenerem Finów był wtedy Mika Kojonkoski, który zaczął odnosić duże sukcesy, poprzez mocne odchudzanie zawodników. Wzrost: 174 cm, waga: 57 kg. Stosunek wzrostu do wagi: 3,05 Zobacz: Kim jest najbardziej charyzmatyczna trenerka w USA? Natalie Jill swoją historią odmienia ludzkie życie [GALERIA] Anders Bardal . 9. Anders Bardal Anders Bardal - norweski skoczek narciarski. Reprezentant Steinkjer Skiklubb i zdobywca Pucharu Świata w sezonie 2011/2012. Czterokrotny wicemistrz świata w skokach narciarskich, brązowy medalista igrzysk olimpijskich. Dwukrotny zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W 2015 roku skoczek zakończył karierę. "Dziś już nie mam ani wielkiej radości z tego, co robię, ani nie czuję się na siłach" - powiedział. W kuluarach mówiło się, że trener Alexander Stoeckl nie daje swoim skoczkom chwili wytchnienia. Stoeckl potrafił swoim zawodnikom robić treningi o... w nocy! Wzrost: 186 cm, waga: 61 kg. Stosunek wzrostu do wagi: 3,06 Zobacz: Anna Victoria. 12 tygodni do szczupłej i umięśnionej sylwetki [GALERIA] Akseli Kokkonen . 8. Akseli Kokkonen Tami Kiuru . 7. Tami Kiuru Tami Kiuru jest fińskim skoczkiem narciarskim, srebrnym medalistą olimpijskim i dwukrotnym medalistą mistrzostw świata. To także trzykrotny medalista mistrzostw świata w lotach. Przez wykańczające treningi i ścisłą dietę w 2006 roku postanowił przerwać swoją karierę sportową. Wzrost: 183 cm, waga: 59 kg. Stosunek wzrostu do wagi: Zobacz: Uwaga! Oto nowe gwiazdy fitnessowe - Tone It Up Girls [GALERIA] Veli Matti Lindstroem . 6. Veli Matti Lindstroem Andreas Goldberger . 5. Andreas Goldberger Andreas Goldberger to austriacki skoczek narciarski, dwukrotny medalista olimpijski i siedmiokrotny medalista mistrzostw świata. Jest dwukrotnym zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni. Mimo tego, że zakończył już swoją karierę, nie rozstał się ze skokami narciarskimi. Stworzył Talent-Cup, który zrzesza młodych zawodników, chcących spróbować swoich sił w skokach. Wzrost: 172 cm, waga: 53 kg. Stosunek wzrostu do wagi: 3,185 Zobacz: Tancerki pole dance i ich niezwykłe umiejętności. Fotografie Katarzyny Milewskiej Adam Małysz . 4. Adam Małysz Adam Małysz, najbardziej znany polski skoczek, jest także najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii indywidualnych konkursów mistrzostw świata w skokach narciarskich. Zwycięzca 39 konkursów Pucharu Świata, triumfator Turnieju Czterech Skoczni, trzykrotny zwycięzca Turnieju Nordyckiego, trzykrotny triumfator Letniego Grand Prix. Wielokrotnie zwracano uwagę na drobną posturę Małysza, dlatego znalazł się w naszym rankingu, chociaż zakończył już swoją karierę. Wzrost: 169 cm, waga: 53 kg. Stosunek wzrostu do wagi: 3,188 Zobacz: Katarzyna Dziurska wygrała złoto podczas Mistrzostw Świata Kulturystyka i Fitness [ZDJĘCIA] Hiroki Yamada . 3. Hiroki Yamada Hiroki Yamada to japoński skoczek narciarski. W Pucharze Świata wystartował po raz pierwszy 22 stycznia 2000 i zajął 46. pozycję. Zawodnik, jak reszta jego kolegów jest na restrykcyjnej diecie. Zdarza się przez cały dzień zjadają jedynie batonik z płatków kukurydzianych i czekoladę na śniadanie, a na kolację sałatę i odrobinę ryżu. Wzrost: 173 cm, waga: 53 kg. Stosunek wzrostu do wagi: Zobacz: Alexandra Bring. Motywująca szwedzka piękność z Instagrama [GALERIA] Clint Jones . 2. Clint Jones Clint Jones jest amerykańskim skoczkiem narciarskim. Zadebiutował w reprezentacji USA w 1999, mając 15 lat, a rok później po raz pierwszy wziął udział w zawodach Pucharu Świata w Iron Mountain. W 2007 zakończył karierę. Później zajął się trenowaniem skoczków. Obecnie jest trenerem kadry narodowej USA w skokach. BMI tego zawodnika wynosiło niecałe 17, co oznacza mocne wychudzenie. Wzrost: 178 cm, waga: kg. Stosunek wzrostu do wagi: Zobacz: Ronda Rousey. Dziewczyna, która lubi się bić Simon Ammann . 1. Simon Ammann Simon Ammann - szwajcarski skoczek narciarski, jeden z najbardziej utytułowanych skoczków w historii. Czterokrotny indywidualny mistrz olimpijski. Czterokrotny medalista mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym, mistrz i wicemistrz z 2007 roku oraz brązowy medalista w 2009 i 2011 roku. Mistrz świata w lotach narciarskich w 2010 roku. Ammann jest najchudszym ze skoczków narciarskich. Jego waga to efekt drakońskiej, restrykcyjnej diety 1500 kalorii. Wzrost: 170 cm, waga: 50 kg. Stosunek wzrostu do wagi: Zobacz: Najbardziej prestiżowe siłownie na świecie. Zobacz, gdzie ćwiczą gwiazdy [GALERIA]
Simon Ammann, który w sezonie 2012/2013 jedynie dwa razy stanął na podium, osiem razy zakończył zawody w czołowej dziesiątce, zdecydował, że zakończy sezon przedwcześnie. Utytułowany szwajcarski skoczek narciarski zrezygnował z udziału w nadchodzących zawodach w Oslo oraz Planicy. Jak podał Szwajcarski Związek Narciarski, bezpośrednią przyczyną był rozczarowujący występ Szwajcara w Trondheim, gdzie uplasował się na miejscu 35. Sam Ammann wyjaśnia: „Przygotowywaliśmy się do tego sezonu bardzo solidnie pod względem technicznym i materialnym, co nie przełożyło się na wyniki.” Dodał, że podczas treningów prezentował się bardzo dobrze, jednak zawody nie przynosiły mu radości z osiągniętych rezultatów. „ Z tak dużym wkładem pracy nie chciałbym dołożyć sobie pod koniec sezonu jeszcze więcej frustracji. Nawet przeciętne wyniki nie spełniają moich wymagań, dlatego kończę ten sezon.” – dodał popularny „Simi”. Kilka miesięcy wcześniej zakomunikował także, że zamierza zakończyć karierę sportową po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi w 2014 roku. Pomimo niepowodzeń w sezonie 2012/2013 patrzy z nadzieją w przyszłość – „Zauważyłem, że przygotowanie się do sezonu zimowego wymagało dużo energii. Jestem jednak pewny, że dwa ostatnie lata dobrze wykorzystałem, a skoki narciarskie w dalszym ciągu bardzo dużo dla mnie znaczą.” – podkreśla skoczek. Od tej pory będzie się najbardziej skupiał na przygotowaniach do nadchodzących Igrzysk. Niepodważalny, wielokrotny Mistrz Olimpijski wraca do domu, by się zregenerować. Już wiosną rozpocznie treningi, by w następnym sezonie sięgnąć po najwyższe pozycje. źródło:
Ostatnim przystankiem Pucharu Świata w skokach narciarskich 2020/21 jest Planica. „Każda końcówka sezonu odbywająca się w Słowenii to gwarancja niesamowitych przeżyć” – mówi w wywiadzie dla DW Simon Ammann*. Do końca sezonu zostało kilka dni. Jak ocenia Pan swoją dyspozycję w Pucharze Świata? Simon Ammann: Początek kończącego się właśnie sezonu z pewnością należał do trudnych, mając na myśli także sytuację w związku z pandemią. Trwało to aż do Turnieju Czterech Skoczni rozgrywanego w Niemczech i Austrii. Od tego czasu udało mi się osiągać coraz lepsze rezultaty, czego dowodem jest choćby rywalizacja w Willingen. Zajął Pan tam dziewiąte miejsce. Czego możemy się po Panu spodziewać w Planicy? - Jak na mamucią skocznię przystało, liczę na długie loty. Chciałbym wykorzystać swoje doświadczenie i poprawić punktację na koniec sezonu. Osiągnął Pan w skokach narciarskich prawie wszystko – od złota olimpijskiego po Kryształową Kulę. Trofeum dla najlepszego skoczka świata odbierał Pan na koniec sezonu właśnie w Słowenii. Na ile mamucia skocznia przywołuje wspomnienia? - Planica to dla mnie nie tylko rok 2010, gdy udało mi się to osiągnąć. Każda końcówka sezonu odbywająca się w Słowenii to gwarancja niesamowitych przeżyć. Pamiętam oczywiście także konkurs przed dwoma laty, gdy udało mi się oddać najdłuższy lot w karierze, lądując na 243 metrze. Razem z innymi szwajcarskimi skoczkami zajął Pan siódme miejsce w konkursie drużynowym w Oberstdorfie. Najlepszy obecnie Szwajcar Gregor Deschwanden zajmuje 23. miejsce w klasyfikacji PŚ. Jak rysuje się przyszłość Pana następców? - Za jakiś czas do rywalizacji powinien wrócić Kilian Peier, który pod koniec października doznał poważnej kontuzji. Pamiętajmy, że mowa o brązowym medaliście mistrzostw świata z Seefeld. Ma ogromny talent i liczę na niego, gdy już dojdzie do zdrowia. Simon Ammann w Oberstdorfie 2018 Wieloletni trener niemieckich skoczków Werner Schuster wspomniał w wywiadzie dla Deutsche Welle, że rok pracy z Panem był dla niego wyjątkowym przeżyciem. Z zachwytem mówił o Pana „mentalności zwycięzcy”. Co się na nią składa? - Z pewnością pasja oraz chęć regularnej pracy. Współpraca z Wernerem Schusterem była dla mnie niebywale ekscytująca. Trenowanie pod jego okiem pozwoliło mi jeszcze bardziej zwrócić uwagę na wiele technicznych aspektów. Absolutnie nie dziwi mnie, że jego późniejsza wieloletnia praca z niemieckimi skoczkami przyniosła tyle sukcesów. Obecny sezon zdominowali – zarówno indywidualnie, jak i drużynowo – Norwedzy. Ale sukcesy odnosili też Niemcy i Polacy. Karl Geiger to mistrz świata w lotach narciarskich, a Piotr Żyła zdobył złoto w Oberstdorfie. Na co stać Niemców i Polaków w przyszłym sezonie? - Skoczkowie z obu krajów zaprezentowali świetną dyspozycję w obecnym sezonie. Mimo dominacji Norwegów, szczególnie Halvora Egnera Graneruda, uwagę zwrócił również progres innych zawodników. Mam na myśli między innymi Piusa Paschke, który przed obecnym sezonem nie kwalifikował się regularnie do czołówki. W niemieckiej drużynie nie brakuje ambicji, co widać przede wszystkim po rezultatach. Przed laty mówiono o braku następców wśród niemieckich skoczków. Jak oceniłby Pan perspektywy wobec kadry prowadzonej przez Stefana Horngachera? - W kontekście procesu szkolenia młodzieży trzeba dążyć do nieustannego rozwoju. Obserwując wyniki skoczków prowadzonych przez Stefana Horngachera widać, że Niemcy nie mają raczej powodów do zmartwień. Gdy zdobywał Pan licznie złote medale, jedynym czołowym skoczkiem z Polski był Adam Małysz. Na ile obecna sytuacja jest dla Pana zaskoczeniem? - Nazwałbym ją raczej naturalną zmianą pośród tendencji w świecie skoków narciarskich. Gdy wygrywałem Kryształową Kulę, na podium znaleźli się także Austriacy Gregor Schlierenzauer oraz Wolfgang Loitzl. Na piątym miejscu znalazł się wówczas Adam Małysz, powoli o swoim talencie przekonywał Kamil Stoch. Obecna sytuacja w związku z polskimi skoczkami nie zaskakuje mnie szczególnie. Jak wyglądają Pana plany na najbliższą i dalszą przyszłość? - Chciałbym kontynuować karierę do Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku. W kontekście kolejnego sezonu z pewnością chciałbym osiągnąć jak najlepsze wyniki, co oznacza, że powinienem ustabilizować formę. Skupiam się również na studiach biznesowych na Uniwersytecie w St. Gallen. Cieszę się zarówno na to, jak i na kolejny sezon. *Simon Ammann (ur. w 1981 roku) – szwajcarski skoczek narciarski, jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii. Czterokrotny mistrz olimpijski, czterokrotny medalista mistrzostw świata, zwycięzca Pucharu Świata w 2010 roku.
Michał Chmielewski, Kamil Wolnicki: Jak to jest, że kocha pan Zakopane i jego klimat, a nie znosi Wisły? Obietnica, że więcej pan do niej nie przyjedzie, jak wybrzmiała przed rokiem po zawodach Pucharu Świata, tak obowiązuje do teraz. Simon Ammann: To dwa różne miejsca i pisząc wtedy, że więcej nie wystąpię w Wiśle, nie miałem na myśli, że już nie lubię Polski. To problem wyłącznie tamtej skoczni. Szczególnie w listopadzie jest tam niebezpiecznie, zresztą ostatnio – pod moją nieobecność – kolejny raz widzieliśmy mnóstwo upadków. Śnieg na zeskoku był nierówny, a ja od dawna mam kłopoty z porządnym lądowaniem. Poza tym skocznia jest ciasna i trudna, każdy skok to stres. Nie mam ochoty wchodzić w sezon w taki sposób. Po co się zastanawiać, czy nic sobie nie zrobię, zamiast czerpać przyjemność z tego, że już zaczyna się Puchar Świata? Były tam świetne zawody w środku zimy i przestawiając tę lokalizację na początek sezonu, wyrządzono jej krzywdę. Przepraszam, ale moje nastawienie już się nie zmieni. To miejsce, które nie ma podejścia do tego, co się dzieje w Zakopanem. Który raz był pan teraz na PŚ w Tatrach? Chyba dwudziesty, ale pewnie było tego mniej (16 wizyt wg statystyk FIS – przyp. red.). Kilka razy musiałem odpuszczać, na przykład z powodu przygotowań do jakiejś dużej imprezy. Najbardziej żałuję 2002 roku. Pauzowałem, bo chwilę wcześniej poważnie upadłem w Willingen. Śmiesznie się oglądało w telewizji kibiców, którzy włazili na drzewa i stali prawie przy samym rozbiegu. To był chyba największy spektakl w skokach, jaki znam. Od tamtej pory, a więc też fantastycznych dla pana igrzysk w Salt Lake City, minęło 18 lat. A pan wciąż jest na topie. Chyba raczej „w grze”. Z „topem” nie ma co przesadzać. Wyniki to jedno, ale pod względem popularności nic się nie zmienia. To fenomen, nie sądzi pan? Noriaki Kasai wyznaczył nam wszystkim ścieżkę, pokazując, że długowieczność w skokach jest możliwa. Zresztą nie był jedynym, bo kariera Martina Schmitta też trwała dość długo. Pamiętam, jak mi mówił: „Simon, mam w sobie takie dziwne uczucie. Nawet kiedy nie idzie i ląduję blisko, to każde odbicie z progu przynosi mi taką przyjemność, że nie umiem skończyć”. U mnie jest tak samo. Skoki, ta cała ich otoczka, ale przede wszystkim lot, to uzależnienie, którego nie zrozumie nikt spoza środowiska. Poza tym chociaż w ostatnich tygodniach wystąpiłem fatalnie w Engelbergu, Bischofshofen i Zakopanem, to kibice nie pozwalali mi się tym smucić. Każdy wspierał mnie, jakbym właśnie wygrał. Pan, Gregor Schlierenzauer, Kasai i kilku innych to żywe legendy i wzbudzacie sympatię. Nawet po takim czasie? Okej, ludzie pamiętają sukcesy, ale czasem się zastanawiam, czy po prostu nie tęsknią za czymś, co może już nie przyjść. To motywujące czy wprost odwrotnie? Nie wiem. Jest miło, ale każdy wolałby być dopingowany nie tylko z litości i nostalgii. A pan, 39-latek, wciąż jest sportowcem na sto procent? Na tyle, ile umiem, a raczej... na ile pozwala mi ciało. Z wiekiem jednak ograniczeń jest coraz więcej. Pamiętam, jak mogłem skakać bez przerwy – kwalifikacje, wszystkie treningi, drużynówki i tak dalej. A teraz? Po każdym weekendzie siadam i myślę: „Cholera, jak mnie wszystko boli”. A potem: „Musi aż tyle dni?”. Idąc na trening, nie jestem już w stanie pracować tak intensywnie jak dawniej. Jestem za to mądrzejszy. To właśnie uważam za tajemnicę sukcesów sportowców po trzydziestce. Robić dokładnie tyle, ile trzeba, w dokładnie w takim tempie i tej chwili, żeby robota przyniosła najlepszy efekt. Moja trudność w tej chwili tkwi jednak w niedoskonałościach technicznych, a nie stricte fizycznych. Od kilku miesięcy się z tym męczę. Pytamy o podejście do sportu, bo zastanawiamy się, ile dziś pana nazwisko wciąż znaczy dla Szwajcarów. No cóż, nie jest to szał, jaki był po igrzyskach w 2002 i 2010 roku. Oczywiście, ludzie mnie kojarzą, mam też nadzieję, że ktoś mnie lubi, ale kiedy ostatnio poszedłem na jakieś publiczne spotkanie, ludzie pytali: „Simon, to ty jeszcze skaczesz?”. To pokazuje, że szczyt popularności mam już za sobą. Niemniej sądzę, że hasło Simon Ammann wciąż otworzyłoby w ojczyźnie sporo drzwi. Może nawet mógłbym korzystać z tego, gdybym potrzebował pieniędzy, ale jak patrzę na Eddiego „Orła” Edwardsa, którego zapraszają jako maskotkę na różne wydarzenia, to dziękuję. Bardziej niż inaugurować mecz Premier League jako gwiazda, wolę pójść na lokalne boisko i pokopać piłkę ze znajomymi. Ile razy myślał pan już o zakończeniu kariery? Kilka. A raz lub dwa byłem już niemal po drugiej stronie. To co sprawiało, że zmieniał pan zdanie? Dobre wyniki, które wzbudzały nadzieję, że jeszcze coś zdołam ugrać. Kilka świetnych lotów w Planicy czy w Vikersund sprawiało, że szkoda było mi to zostawić. „Na mamutach będę jeszcze groźny”, postanawiałem i zaczynałem kolejny rok przygotowań. Tylko że tutaj nie ma nic na pewno. Jak widać po mnie, bo od dawna nie osiągnąłem niczego znaczącego. Gdyby ogłosił pan pożegnanie, sprawę opisałyby pewnie wszystkie polskie media. Szczerze? Nie dbam o to, czy pożegnają mnie nagłówki gazet, czy wzmianka na ostatniej stronie. Gdy zaczynałem, było wokół mnie cicho i nikt mnie nie znał. Po prostu chodziłem na skocznię, żeby przyspieszyć, odbić się, wylądować i cieszyć, że mogę to robić. Teraz jest podobnie. Więc kiedy z dnia na dzień stracę w sobie tę iskrę i powiem, że wystarczy, Szwajcaria nie będzie po mnie płakać. Będzie spokój i chyba coś takiego mi odpowiada. Niełatwo to zrozumieć, prawda? Szczególnie że nie trenuje pan po to, żeby odejść w ciszy, lecz – jak przypuszczamy – żeby wciąż coś osiągać. Tak, w głowie nadal mam marzenia do zrealizowania. To Turniej Czterech Skoczni czy raczej medal mistrzostw świata w lotach w Planicy w marcu? Może jedno i drugie? Nadal pana boli brak triumfu w TCS? Nie. Tak widocznie musi być. Nikt nie odbierze mi wspomnień z walki o to trofeum. Ani tego, ilu wspaniałych skoczków miałem za rywali. Kilka razy byłem świetnie przygotowany, ale zawsze ktoś okazywał się lepszy. Mam w sumie cztery podia. Nie powinienem narzekać. W sporcie niczego nie da się do końca zaplanować. Nawet szczegółów swojego pożegnania. No, może poza Adamem Małyszem, który zrobił to w absolutnie piękny sposób. Odszedł jako trzeci skoczek sezonu PŚ, jako medalista MŚ, jako trzeci skoczek ostatnich zawodów, w których wziął udział. Miał plan, co będzie dalej. Wiedział, że zaraz wsiada za kierownicę rajdówki. Nigdy nie żałował pan, że nie postąpił podobnie? Adam miał perfekcyjną karierę, ale nie zazdroszczę mu niczego. Zrobił po swojemu, każdy z nas robi inaczej. Przez pewnego Szwajcara raczej „prawie” perfekcyjną... A tam! Widzieliście ostatnią wystawę Ewy Bilan-Stoch i zdjęcie zdobytych przez niego medali? To dorobek, który stawia Małysza w gronie absolutnie największych w historii. Cztery kryształowe kule, cztery tytuły mistrza świata, tak wiele zwycięstw w PŚ. Ja się z nim nie równam. W czterech konkursach, które wygrałem na igrzyskach, on także zdobył medal. To trzeba doceniać. Wy – kibice i dziennikarze – także musicie. Ostatnio przypomniałem o tym mojemu dawnemu koledze z kadry, Andreasowi Küttelowi. Kiedy Ewa zaproponowała mu współuczestnictwo w jej projekcie i pytał, czy mu przystoi, bo ma do sfotografowania jedynie dwa krążki. Ale za każdym kryje się wspaniała historia. Dziś Küttel jest naukowcem, mieszka w Danii. Złośliwi mówią, że długowieczny sportowiec to taki, który nie ma planu na później. I że się tego boi. Co pan na to? Że w skokach to nie obowiązuje. Spójrzmy na zawody mastersów, oni przecież potrafią skakać do osiemdziesiątki, czasami wciąż na dość dużych skoczniach. A że nie robią tego idealnie? Trudno. To także moje podejście. Bo ja mam plan na to, co dalej. Jaki jest pański głos w dyskusji pt. „Kto był lepszy – Małysz czy Kamil Stoch”? Wiem, że się tym emocjonujecie, ale wolę zostawić dyskusję bez wskazania. Obaj są niebywali, zresztą – kurcze – patrzcie, jak wyglądają polskie skoki. Był Małysz, przyszedł Stoch. Teraz do Stocha dołączyli Piotr Żyła i Dawid Kubacki i cała drużyna. Od dwudziestu lat macie na pęczki sukcesów. To jest moja niespełniona wizja w Szwajcarii. Za mną nie poszło tak wielkie zainteresowanie. Medal MŚ Killiana Peiera w Seefeld musiał być dla pana czymś niezwykłym? Chcę wierzyć, że to było przełomowe osiągnięcie w kontekście kolejnego pokolenia. Cieszyłem się jego sukcesem, jakbym sam to osiągnął. Pamiętam zresztą, że stojąc pod skocznią i obserwując to wszystko, przypominałem sobie własne początki. Miałem 16 lat, gdy w kadrze był lider Sylvain Freiholz, początkujący Küttel i ja – szesnastolatek, któremu ktoś postanowił pokazać wielki świat. Sylvain był dla nas wyjątkowo cierpliwym nauczycielem i dziś mam poczucie, że może ja nie byłem taki sam dla młodszych. Naprawdę obwinia się pan za stan szwajcarskich skoków? Sam nie wiem. Może nie powinienem? W każdym razie, gdy po latach oczekiwania, aż za mną czy Andreasem przyjdzie ktoś nowy, pojawił się Killian, ulżyło mi. Udźwignął na tych MŚ wielką presję. Z największą przyjemnością nosiliśmy go na rękach. Kogo dźwigało się milej – Peiera w ubiegłym roku czy Małysza, gdy trzynaście lat temu znokautował was na MŚ w Sapporo? Ha, ha! Nie każcie mi wybierać! No dobrze. Ale przyzna pan, to była wyjątkowa chwila? Zresztą dla was obu, w końcu kilka dni wcześniej został pan mistrzem na dużej skoczni. Tak, wtedy chyba po raz pierwszy i ostatni podzieliliśmy się w jednej imprezie złotem po równo! Niemniej miałem poczucie, że gdyby nie wiatr na Okurayamie i pech, Adam miałby w Japonii oba pierwsze miejsca. Gdy więc na normalnym obiekcie dopiął swego, mi i Thomasowi Morgensternowi odjęło mowę. Ja skakałem wtedy doskonale, ale zająłem pierwsze miejsce z tych, które były przeznaczone dla normalnych ludzi. Z Thomasem poszliśmy wtedy na zeskok gratulować człowiekowi, który był z innej planety. To był dla nas honor. Nie czuliśmy się wtedy przegrani. Kiedy czasem wspominamy z Małyszem dawne czasy, pierwsze, co mówi, to że trzynaście lat temu skoki były kompletnie innym sportem. To wciąż taka sama dyscyplina, w której trzeba daleko skoczyć i ładnie wylądować. Kwestia przepisów dotyczących rekompensat za wiatr to jeszcze nic takiego, ale gdy mowa o sprzęcie, zgadzam się z Adamem. Ostatnio oglądaliśmy zresztą skoki, które dały Freiholzowi brąz MŚ w 1997 roku w Trondheim. Niebywałe, jak bardzo zmieniła się technika i to, czego używał. Kombinezony, narty, wiązania czy buty dawały kiedyś wielką swobodę i wybaczały nawet spore błędy. Obecnie w skokach na poziomie elity nie ma miejsca na pomyłkę. Od odbicia z belki, przez ustawienie sylwetki na rozbiegu, aż po wyjście z progu i prowadzenie nart. Wszystko musi być idealnie, jeśli sprzęt ma pomóc, a nie przeszkodzić. Może też sami zauważycie, o ile inaczej skakałem jeszcze w sezonie 2014/15, zanim zaliczyłem ten paskudny upadek w Bischofshofen. Narty czasami uciekały, coś się działo w powietrzu, a i tak odległości były w porządku. Dziś tego nie ma. Które skoki bardziej pan lubi? Te z milionowymi budżetami najlepszych ekip czy tamte z czasów Freiholza? Tamte były bardziej romantyczne – co do tego nie mam wątpliwości. Było też chyba łatwiej dostać się na szczyt niż obecnie, bo teraz nie wszystko zależy wyłącznie od talentu i poświęcenia do pracy. Skoczek kilkanaście lat temu łatwiej uzyskiwał odpowiedzi na temat tego, co robi źle. Wszystko było prostsze, a dziś czasami sprowadza się do jednego detalu, który nie działa i wszystko zaburza. I trudniej go odnaleźć. Praca nad formą dziś jest zupełnie inna. Już nie w myśl „im ciężej i więcej, tym lepiej”. Współczesny trening to mniej, a porządniej, ale to ma też swoje konsekwencje. Czy zmiany są na gorsze, czy lepsze? Każdy ocenia własną miarą. Zwróćmy uwagę na kontuzje kolan, które tak się namnożyły. Winę za nie w dużej mierze ponosi sprzęt, którego używamy i słabiej przygotowane nogi. Sprzęt, który jest coraz droższy i bardziej wymyślny, co dyskwalifikuje z rywalizacji coraz więcej państw. To duży problem skoków. A może to raczej problem krajów, że nie potrafiły korzystać z dóbr, które posiadały? To znaczy? Macie w Polsce niedużo skoczni, ale korzystacie z nich, dbacie o nie, przynajmniej tak mi się wydaje. My w Szwajcarii też się staramy. Za to Szwedzi i Finowie kiedyś mieli mnóstwo działających obiektów i ekspertów, ale zmarnowali ten potencjał. A przecież to nie są kraje, w których panuje ubóstwo. Gdyby chcieli, mieliby wszystko, by rozwijać kadry skoczków. Tam umarło zainteresowanie naszym sportem i nad tego przyczyną trzeba się zastanowić, a nie nad usprawiedliwieniami ich nieobecności w środowisku. Skoki pana zdaniem dalej będą się tak zmieniać? Przypomnijcie mi o temacie, gdy spotkamy się za dwadzieścia lat. Pewnie znów będzie aktualny. Gdzie wtedy pana szukać? Nie mam pojęcia. Aktualnie studiuję ekonomię na uniwersytecie w St. Gallen i kto wie, czy nie pójdę w tę stronę. Tylko że to też wymaga pewnych nakładów sił. Spytaliście wcześniej, czy skaczę, dlatego że boję się emerytury. Nie. Teraz to chyba bardziej boję się, że po zakończeniu kariery spadnie na mnie tyle obowiązków, że najzwyklej mnie przytłoczą. Jako sportowcy mamy harmonijne życie w porównaniu z tym, co może się dziać później. Nawet wielka Lindsey Vonn napisała o tym publicznie po ostatnim występie w igrzyskach. Nie chciałbym poczuć pustki, o której wspomina, ale też nie chcę ciężaru, chociaż już teraz sam na siebie go sporo nakładam. Podobno ma pan restaurację? Tak, kupiliśmy ją do gruntownego remontu. Prowadzę też kilka innych biznesów, może nawet zbyt dużo. Jednak zajmowanie się nimi to odskocznia. Wiecie, ja z końcem kariery mam związane tylko jedno marzenie. Chciałbym zmienić życie na takie, które dostarczy mi tak samo wiele energii i entuzjazmu co skoki. Obojętnie, co to będzie. Wtedy uznam, że jestem spełniony. A w skokach pan się taki czuje? Ogółem tak, ale jak pomyślę o ostatnich tygodniach, to daleko mi do spełnienia. Po Titisee-Neustadt, gdzie jechałem z wielkimi nadziejami – choćby po modyfikacjach sprzętu – i nic mi tam nie wyszło, miałem ochotę rozwalić całą szatnię. Dziwne, prawda? W końcu tyle już zdobyłem – można pomyśleć. Ale to dobrze, bo widać, że dopóki jestem w sporcie, oddaję mu całego siebie. I mój zespół także, więc gdy zawodzę, to zawsze pamiętam, że rozczarowanie czują też moi współpracownicy. Gdy się umawialiśmy, pierwsze pytanie, o jakim pomyśleliśmy, to czy widzimy się w Zakopanem po raz ostatni. Jednak po godzinie rozmowy sami nie wiemy, co myśleć. I ja sam też nie wiem. Na ten moment po MŚ w Planicy naprawdę nie widzę przyszłości w skokach. Baliśmy się takiej odpowiedzi. Zawsze mogę jeszcze zmienić zdanie. Kłopot polega na tym, że przed rokiem, gdy mi nie szło, czułem, że mam pomysł na rozwiązanie moich problemów. Teraz nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Nawet jeśli tym razem loty w Vikersund i Planicy znów dadzą panu mnóstwo wrażeń? Dwa lub trzy weekendy w sezonie to trochę za mało, by poświęcać na to cały rok.
Witam, Dziś na blogu autograf szwajcarskiego skoczka Simona Ammann (ur. 25 czerwca 1981 w Grabs) – szwajcarski skoczek narciarski, reprezentant klubu SSC Toggenburg, a wcześniej RG Churfirsten. Jeden z najbardziej utytułowanych skoczków narciarskich w historii tej dyscypliny. Czterokrotny indywidualny mistrz olimpijski (po dwa tytuły w 2002 i 2010 roku). Czterokrotny medalista mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym – mistrz i wicemistrz z 2007 roku oraz brązowy medalista w 2009 i 2011 roku. Mistrz świata w lotach narciarskich w 2010 roku. Zdobywca Kryształowej Kuli za zwycięstwo w Pucharze Świata 2009/2010, drugi zawodnik sezonów 2008/2009 i 2010/2011 oraz trzeci sezonu 2006/2007 w Pucharze Świata w skokach narciarskich. Zdobywca Pucharu KOP w sezonie 2009/2010. Trzeci zawodnik Pucharu Świata w lotach narciarskich w sezonach 2006/2007 (nieoficjalnie), 2008/2009, 2009/2010 i 2011/2012. Drugi zawodnik 57. i 59. edycji Turnieju Czterech Skoczni oraz trzeci zawodnik 55. i 62. Turnieju Czterech Skoczni. Zwycięzca Turnieju Nordyckiego 2010 oraz trzeci zawodnik tego turnieju w latach 2004, 2007 i 2009. Zwycięzca 23 konkursów zaliczanych do klasyfikacji Pucharu Świata. [źródło: wikipedia] Autograf bez dedykacji przeznaczam na następnej notki !!! Wysłane: list, koperta zwrotna, IRC Otrzymane: 2 karty Czas oczekiwania: - Adres: c/o Simon Ammann Kalchern 68 A-6866 Andelsbuch Austria
simon szwajcarski skoczek narciarski